Pokazywanie postów oznaczonych etykietą goneta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą goneta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lutego 2018

JOHNNY REZNICK druk w salonach Empik

CYBERPUNK

Świeżutki, błyszczący i pachnący farbą drukarską cyberpunkowy JOHNNY REZNICK w dostawie do każdego salonu Empik!



Historia rozgrywa się w mocno rozwiniętej przyszłości, kiedy Ziemia zostaje zniszczona przez kataklizmy, a miasta to megawieżowce budowane stożkowo od najniższych poziomów pod ziemią, w rozpadlinach skalnych, aż po poziomy nadziemne. Ludziom wszczepia się implanty, porządku pilnują maszyny, a wszystkie informacje dostępne są w Wirze. Normalna jest pełna kontrola Neontexu, korporacji władającej miastem, a na ulicach panoszy się śmiertelnie groźny gang Skinnersów, na zinfiltrowanie którego dostał zlecenie główny bohater książki, tytułowy Johnny Reznick. Jego śledztwo doprowadza do niespodziewanych wyników i wpłynie na niesprawiedliwe rządy Neontexu. Gang w pełni kontroluje dystrybucję i sprzedaż dopalacza dosercowego, narkotyku powodującego morderczą drygawicę.
Joy, młodszy brat hakera Diggera, kradnie pewne dane, przez co traci życie, ale wcześniej kopię tych danych przekazuje swojej dziewczynie Mirze i próbuje je przekazać Diggerowi, ale ponieważ Mira posiada pełne dane, to od chwili wejścia w ich posiadanie znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, poszukiwana przez Skinnersów. Digger próbuje ubiec gang.
A wszystko to dzieje się w nieustannej ciemności Gruntowni i Podziemia Skycity One…

niedziela, 17 grudnia 2017

JOHNNY REZNICK - fragment powieści




JOHNNY REZNICK - fragment:


Zajmująca cały zerowy poziom Skycity One Gruntownia nie była miejscem ani przyjaznym, ani ładnym. Była granicą pomiędzy podziemnymi poziomami Podmiasta i wznoszącymi się wysoko strefami Nadpowierzchni i Nieba. Z licznych kratek i włazów kanałowych unosiły się nieprzerwanie obłoki gryzącego dymu i gorącej pary, wiele uliczek zostało zupełnie pozbawionych oświetlenia, a napotkanych tutaj ludzi lepiej było omijać szerokim łukiem. Przyziemne części megawieżowców dawno już przestano odnawiać, ich brudne ściany pokryte były plamami moczu i kolorowymi napisami wykonanymi farbą w sprayu przez członków różnorakich gangów, kręcących się po ulicach o każdej porze. 

W Gruntowni najczęściej panował mrok, gdyż wyższe poziomy miasta odcinały światłu dostęp do ziemi. Szerokie na kilkadziesiąt metrów żelazobetonowe płyty powierzchniowe, spoczywające na stalowych filarach między megawieżowacami i składające się na kolejne zabudowane poziomy, korytarze powietrzne i budynki tworzyły nad głowami mieszkańców Gruntowni skomplikowany labirynt, przez który nie mogły przedostać się nawet promienie słoneczne. Kilkadziesiąt metrów powierzchni miasta nad samą ziemią było spowitą głębokimi cieniami dziurą w dumnej i nowoczesnej bryle Skycity One. 

Poziomy Nadpowierzchni, zaczynające się tuż nad Gruntownią, wyglądały natomiast zupełnie inaczej. Nie brakowało tam sztucznego oświetlenia, blaski napastliwych i mnożących się z każdym dniem holoreklam aż raziły, a ich mieszkańcy niemal nigdy nie doświadczali jakiegokolwiek braku światła. Od pierwszego poziomu wzwyż było coraz jaśniej i jeszcze bardziej kolorowo, a także wzrastał dostęp promieni słonecznych do wnętrza miasta. Były zajmowane w przeważającej większości przez pracowników korporacji Neontex, władców Skycity One, a ci, którzy żyli poniżej, w Gruntowni i Podmieście, mieli dbać, aby wszystko na wyższych poziomach sprawnie funkcjonowało. Niepotrzebne im było ani słońce, ani poduszkowce, ani specjalne wygody; żyli i umierali tylko po to, by mieszkańcom Nadpowierzchni i Nieba żyło się jak najlepiej. 
* 
Digger siedział w swoim zaśmieconym mieszkaniu na poziomie zerowym Skycity One, wygodnie rozparty w czarnym fotelu przed małym biurkiem. W zaciemnionym i zagraconym pokoju panowała cisza i niemalże całkowity bezruch, jedynie palce wzniesionych dłoni Diggera poruszały się szybko w powietrzu. Okryte rękawicami wibracyjnymi FindSodexu przetwarzały rzeczywiste ruchy chłopaka i odwzorowywały je w cyberprzestrzeni Wiru, w której Digger znajdował się już od dobrych kilku godzin. 

Ciemnobrązowe, krótkie włosy sterczały Diggerowi buńczucznie niemal pionowo, a na nosie miał ciemne mnemoszkła, które służyły teraz za ekran wyświetlający obrazy z Wiru. I okulary, i rękawice były podłączone do servboxu spoczywającego na kolanach chłopaka — czarnego, prostokątnego i całkowicie gładkiego komputera o wymiarach czterdzieści na piętnaście i na dwa centymetry. 

Digger surfował w cyberprzestrzeni z wprawą właściwą najlepszym legendarnym hakerom, błyskawicznie lawirując pomiędzy danymi i linijkami kodu, włamując się na serwery korporacyjnej Siatki, łączącej ze sobą wszystkie miasta należące do Neontexu. Miał dopiero dziewiętnaście lat, ale setki godzin spędzonych w Wirze, wrodzona inteligencja i niebagatelne umiejętności sprawiały, że w środowisku czarnej strefy Skycity One uchodził za jednego z najlepszych żyjących hakerów młodego pokolenia. 

W jego mieszkaniu było dość ciepło, jednak chłopak miał na sobie jednoczęściowy, granatowo-zielony kombinezon, wysokie buty z utwardzanego polimeru i czarną kurtkę. Wchodząc do Wiru kilka godzin temu nawet nie zawracał sobie głowy tym, by się rozebrać i odświeżyć po powrocie z drugiego poziomu Podmiasta, na który zjechał wcześniej, by dostarczyć klientowi nośnik z napisanym na zlecenie softem. Normalnie wysłałby pliki w Wirze i obyłoby się bez wymuszonych wycieczek i ryzyka wykrycia przez któregoś z korporacyjnych terabotów, ale tym razem klient chciał uniknąć wprowadzania napisanego dla niego programu do cyberprzestrzeni. Co choć raz znalazło się w Wirze na którymś z serwerów, zostawało w nim już na zawsze. Każdy o tym wiedział. 

Palce chłopaka na moment znieruchomiały, lecz chwilę później ponownie rozpoczęły swój szaleńczy taniec. Na mnemoszkłach wyświetlały się obrazy generowane przez servbox, a Digger lawirował między kolumnami korporacyjnych danych. Serwery Neontexu były silnie strzeżone, mimo to chłopak już nie raz pokonywał zabójcze firewalle, by zdobyć potrzebne mu informacje i pliki. „Łatwizna” — pomyślał i uśmiechnął się kącikiem ust. 

Jego świadomość przebywała w Wirze, a implant mózgowy odbierał sygnał z servboxu i wyświetlał poprzez nakładkę siatkówki oka obrazy cyberprzestrzeni na wewnętrznej stronie mnemoszkieł. Digger był w swoim żywiole. 

Surfowanie w Wirze nagle zostało zakłócone. Digger drgnął na odgłos głośnego walenia w drzwi jego zapuszczonego mieszkania, który dotarł niespodziewanie do jego uszu. Znieruchomiał zaskoczony, a kiedy głośne uderzenie się powtórzyło, skrzywił się. Nie spodziewał się żadnych odwiedzin, więc postanowił zignorować nieznanego intruza. Ponowił swoją wędrówkę w cyberprzestrzeni, ale w chwilę później ktoś uderzył w drzwi jeszcze mocniej i chłopak usłyszał, jak intruz wypowiada głośno i z naciskiem jego ksywkę. 

— Cholera — warknął do siebie ze złością, a następnie przerwał połączenie z Wirem i ściągnął mnemoszkła. 

Odłożył je na blat biurka, obok położył servbox i wstał chwiejnie. Od kilkugodzinnego siedzenia cały zesztywniał, więc poruszał przez chwilę rękami i nogami na różne strony, by pobudzić krążenie, a potem ruszył do drzwi. Wszedł do ciemnego korytarza i dotarł do jego końca, po czym stanąwszy przed drzwiami wejściowymi, położył palce na panelu elektronicznego zamka. Coś go jednak tknęło, zawahał się. Złość na natręta minęła zastąpiona przez wrodzoną ostrożność. Czekał. 

Przez dłuższą chwilę nie słyszał absolutnie niczego. Potem ktoś znowu uderzył w drzwi z drugiej strony, lecz tym razem już słabiej, jakby bez przekonania i poprzedniego uporu. 

— Digg... — Chłopak usłyszał ciche, urwane słowo i wydało mu się, że w tym głosie rozpoznaje jakąś znajomą barwę. 

Przejechał dłonią po sterczących włosach, a potem ją opuścił. 

— Co, do cholery...? — szepnął znowu, a potem wpisał szybko sekwencję cyfr otwierającą elektroniczny zamek i pociągnął ku sobie drzwi. 

Widok, który zobaczył, wstrząsnął nim do głębi. Na poplamionej, brudnej podłodze korytarza oświetlonego zaledwie jedną żółtą lampą leżał jego młodszy brat, Joy. 

Młodzieniec spoczywał na boku, ściskając obiema dłońmi swój brzuch. Z ust ściekała mu krew, lewe oko miał podbite, a nogi podkulone w pozycji embrionalnej. Długie blond włosy pozlepiały się krwią. Digger stał jak sparaliżowany, zdumiony i przerażony jednocześnie, nie mogąc uwierzyć w to, co widział. „To przecież Joy — myślał. — To Joy”. 

— Joy! — krzyknął i przykucnął wreszcie, ocknąwszy się z letargu. 

Nachylił się nad bratem i dotknął dłonią jego bladego policzka. 

— Digger… — wycharczał szesnastolatek, a potem odkaszlnął krwią zmieszaną ze śliną. Wbił spojrzenie w oczy Diggera, podparł się jedną ręką i spróbował podnieść z podłogi. — Wciągnij mnie… do mieszkania. 

— Nie ruszaj się — powiedział Digger. — Jesteś ranny? Joy zdjął drugą rękę z brzucha i wtedy Digger zobaczył ciemną plamę krwi, rozlewającą się na jego fioletowym kombinezonie i skapującą z palców dłoni na podłogę. 

— Wciągnij mnie — powtórzył chłopak. — Teraz. 

Digger czuł, jak pot zalewa mu czoło. Bał się, że przysporzy bratu bólu. Postanowił jednak spełnić jego prośbę, choć głównie z tego powodu, że w mieszkaniu znajdzie się coś, co pomoże zatamować krwawienie. 

Obawiając się podnieść rannego, chwycił go pod pachami i pociągnął ostrożnie po podłodze, aż jego nogi znalazły się wewnątrz mieszkania. Potem przeszedł obok niego, rozejrzał się po ciemnym korytarzu i nie dostrzegłszy nikogo, zamknął drzwi. Ponownie pochylił się nad Joyem i powiedział: 

— Poszukam czegoś, czym da się zatamować krwawienie. 

Joy jednak pokręcił przecząco głową. 

— Nie ma czasu — wydusił z siebie. — Musisz… musisz skopiować dane z mojego implantu. To ważne. 

— Najpierw zajmę się raną. 

— Nie — powiedział zdecydowanie Joy. — Przynieść kompilator i skopiuj dane. Szybko, zanim tutaj dotrą. 

— Kto? — spytał zdumiony Digger. 

— Idź po kompilator — powiedział z naciskiem Joy, ściskając jego przedramię skrwawioną dłonią. 

— Reszta... — zakrztusił się krwią. — Reszta potem. Idź. 

Digger był przerażony. Chciał jak najszybciej opatrzyć ranę brata, ale widział, że rozmowa tylko bardziej go męczy. Skinął więc głową i pobiegł do tak samo zaciemnionej jak reszta małego mieszkania kuchni. Rozejrzał się i chwycił duży ręcznik, potem wybiegł z pomieszczenia i dopadł swojego biurka w pokoju obok. Otworzył jedną z jego szuflad, roztrącił rozmaity hardware na boki, by wreszcie znaleźć kompilator danych — małe, prostokątne urządzenie z wkładką chipową i przewodem do podłączenia. Poszperał w szufladzie jeszcze przez chwilę i gdy znalazł kilka czystych chipów, zabrał wszystko i wrócił do brata. 

 Z ust Joya wyciekła obfita strużka ciemnej krwi i spłynęła po brodzie na szyję. Chłopak wlepił wzrok w oczy Diggera i powiedział z naciskiem: 

— Kopiuj! — Zaczął kaszleć i dławić się krwią, więc Digger chwycił go i przewrócił na prawy bok. Bał się o życie brata. Ręce drżały mu niepowstrzymanie, mimo to posłuchał Joya i wetknął końcówkę przewodu kompilatora do gniazda nad jego uchem. Włączył urządzenie, włożył do niego czysty chip i uruchomił proces kopiowania danych. 

— Robi się — powiedział. — Joy, muszę wezwać pomoc. 

Jego brat znowu odkaszlnął krwią, a potem pokręcił głową. 

— Nie ma czasu, musisz wiać — wykrztusił. — Przyjdą tutaj. Zabiją cię dla tych danych. 

— Kto, Joy? 

— Skinnersi. 

„Nie — pomyślał Digger. — Tylko nie ten gang przeklętych ćpunów handlujących dopalaczami dosercowymi”. 

— Oni ci to zrobili? Te gnoje? 

Joy skinął głową. 

— Wsadzili we mnie cholerne ostrze. Ale jest jeszcze… coś — rzekł, kaszląc. 

— Co takiego? — Kiedy mnie dopadli, byłem razem z Mirą. Uciekaliśmy, ale nie mieliśmy szans. Odciągnąłem ich od niej. 

Mira była dziewczyną Joya, szesnastolatką jak on, szafirowooką ślicznotką o długich za ramiona prostych, kruczoczarnych włosach. 

— Jest bezpieczna? — spytał Digger. 

Joy zamknął na chwilę oczy, a potem odrzekł: 

— Mam nadzieję. Kazałem jej uciekać do Podmiasta i dobrze się ukryć. 

„Cholera — pomyślał Digger. — Jeśli dziewczyna go posłuchała, to znajduje się teraz gdzieś na jednym z wyjątkowo niebezpiecznych podziemnych poziomów”. 

— Znajdę ją — obiecał Digger. — Jednak najpierw muszę pomóc tobie. — Spojrzał na pasek postępu kompilatora i zobaczył, że urządzenie skopiowało dopiero niecałe sześćdziesiąt procent danych. 

— Mną… się nie przejmuj — powiedział Joy. — I tak... zginę. Pomóż Mirze. I koniecznie zajmij się danymi. Ona… ma kopię. To… niezwykle ważne. 

W tej właśnie chwili uszu Diggera dobiegł głośny odgłos kroków rozlegający się w korytarzu za drzwiami i krótkie, urywane słowa. Joy także to usłyszał i jego oczy rozszerzyły się. Chwycił brata za rękę i wyszeptał przerażony: 

— Uciekaj! No już! 

Digger nie wiedział, co robić. Medyczny bot nie zdąży dotrzeć tutaj na czas, krwawienie było zbyt obfite. Nie chciał opuszczać brata, ale wiedział, że nie ma wyboru. Spojrzał na pasek stanu kompilatora. Osiemdziesiąt sześć procent. 

— Jeszcze chwila — powiedział i ruszył do swojego pokoju. 

Chwycił czarną torbę i zaczął pakować do niej swój servbox, mnemoszkła, chipy z danymi i rozmaity hardware z szuflady biurka. Wiedział, że już tutaj nie wróci, musiał więc wziąć ze sobą wszystko, co ma znaczenie. 

Zarzucił pasek torby na ramię i wrócił do leżącego na podłodze korytarza brata. Joy miał szklisty wzrok, nie ruszał się. Digger stanął nad nim, a potem przykucnął i przyłożył ucho do ust brata. 

— Nie — szepnął. — Tylko nie ty, Joy. 

Ktoś uderzył w drzwi mieszkania. Raz, a potem znowu, jakby silniej. Digger podniósł głowę, czując, jak w jego wnętrzu zbiera się paląca wściekłość. Wstał i zacisnął pięści, jednak po chwili rozluźnił palce. Wiedział, że Skinnersów będzie kilku i że w pojedynkę nie da im rady. Jeśli śmierć brata miała nie pójść na marne, musiał stąd uciec i przeżyć. 

Kompilator kończył kopiowanie, ale chłopak nie mógł już dłużej czekać. Pochylił się nad urządzeniem i wyciągnął z niego chip. Wsunął go do jednej z kieszeni swojego ubrania, mając nadzieję, że najważniejsze dane zostały na nim utrwalone, a potem zamarł z dłonią nad urządzeniem. Pomyślał, że nawet z martwego mózgu Joya da się odzyskać te dane, a na to nie mógł pozwolić. Przestawił więc urządzenie na wymazywanie pamięci użytkownika. Potem niechętnie wstał, spojrzał jeszcze raz z wściekłością na drzwi mieszkania, chwycił wiszącą na ścianie kurtkę, odwrócił się na pięcie i pobiegł wbrew sobie do tylnego wyjścia. 

czwartek, 23 czerwca 2016

Premiera "Ci, którzy trwają" - zbioru opowiadań grozy

Dzisiaj swoją premierę ma moja czwarta książka, a w zasadzie zbiór opowiadań grozy, zatytułowany "Ci, którzy trwają". Zbiór zawiera czternaście krótszych i dłuższych tekstów, utrzymanych w stylu twórczości m.in. H.P. Lovecrafta, poza nimi jednak znajdą się również utwory traktujące o tematyce zombie czy postapokalipsy. Wszystkie te opowiadania łączy mrok, odczuwalne napięcie i klimat, a także tajemniczość i suspens.


"Ci, którzy trwają" są obecnie dostępni w formie elektronicznej, a z czasem trafią do sprzedaży także jako wydruk. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do poniższego linka:

piątek, 17 czerwca 2016

W CIENIU KRZYŻA - 544 strony, czyli całkiem niezła cegła ;-)

Po wyjściu z drukarni W CIENIU KRZYŻA prezentuje się bardzo okazale: błyszcząca okładka, a wewnątrz pięć i pół setki stron. Książkę można zakupić w sklepie internetowym drukarni Sowa, do którego link zamieszczam poniżej wraz ze zdjęciami samej książki.







wtorek, 3 maja 2016

W CIENIU KRZYŻA - książka dostępna w wersji drukowanej

Od kilku dni dostępna jest w sprzedaży wysyłkowej moja ostatnia powieść, thriller/ horror science fiction "W cieniu krzyża". Tekst książki zajmuje prawie pięćset pięćdziesiąt stron, w druku otrzymujemy więc całkiem solidną "cegłę". Jej lekturą nie będzie zawiedziony nikt, kto ceni sobie trzymające w napięciu thrillery w połączeniu z fantastyką naukową wtłoczoną w rzeczywistość alternatywną niedalekiej przyszłości.

Powieść dostępna jest w sprzedaży wysyłkowej pod poniższym linkiem:






niedziela, 23 sierpnia 2015

W CIENIU KRZYŻA - fragment #2


FRAGMENT #2

Teraz był spokojny, choć wiedział, że za chwilę znowu będzie walczył z Arkanem. Przywódca grupy Nocnej miał siedemnaście lat, a jego strategii walki nie można było nazwać subtelną. Zawsze dążył do zbliżenia i walki wręcz, najwyraźniej czuł się w bliskim starciu lepiej, niż walcząc na dystans. Patryk odwrotnie: dotychczas wolał walkę spokojniejszą, z czasem na przemyślenie kolejnego ruchu. Jednak teraz widział, że musi nauczyć się również działania szybkiego, zadawania obrażeń nie tylko za pomocą broni, ale i metalowych pięści. Nauczka, jaką otrzymał w przegranej walce, zmieniła jego postrzeganie i zmobilizowała go do jeszcze intensywniejszych treningów na sali gimnastycznej.
Ekran jego hełmu wypełniły nagle parametry ładowania scenariusza walki, więc dźwignął się i stanął na macie. Kolumny błękitnych liter i cyfr szybko przesuwały się przed jego oczami, aż ukazał się pasek postępu. Kiedy dobiegł do stu procent, chłopiec ujrzał przed sobą scenerię złomowiska samochodów. Wszędzie leżały przeżarte rdzą wraki, po ich bokach stały kolumny opon samochodowych, a dalej wznosiły się góry metalowych części. Szara zbroja Patryka stała wśród wszechobecnych odcieni brązu, a niebo nad nią było zachmurzone i szare.
Chłopiec ruszył. W momencie kompletnego załadowania scenerii walki rozpoczynał się pojedynek, więc należało być czujnym już od pierwszej chwili.
Pobiegł za trzy leżące na sobie jeden na drugim wraki samochodów osobowych i przykucnął za nimi. Pamiętał ostatnią walkę z Arkanem i spodziewał się teraz, że lider grupy Nocnej biegł gdzieś między wrakami, by znaleźć go jak najszybciej i zaatakować. Patryk wiedział, że nie uniknie walki wręcz, ale miał nadzieję, że uda mu się trafić mecha przeciwnika z zaskoczenia, zanim właściwa walka się zacznie. Może nawet osłabi go na tyle, że obrażenia spowolnią Arkana.
Rozglądał się wokoło, lecz ciągle nie widział czarnego mecha. Wysunął z prawego barku wyrzutnię małych rakiet o dużej sile rażenia, a z lewego miotacz plazmy. Z przedramienia mecha wysunęło się także długie ostrze, na wypadek gdyby Patryk jednak nie miał tyle czasu, by wycelować i wystrzelić z broni. Głównymi atutami jego przeciwnika były szybkość i niszczące ciosy, które zgniotą jego zbroję, jeśli tylko dojdzie do starcia wręcz.
Chłopiec zastanawiał się, jak może wykorzystać na swoją korzyść elementy scenerii złomowiska. Wiedział już, że każda sceneria ma swoje plusy i minusy, że zawsze jest coś, co można wykorzystać dla uzyskania przewagi nad przeciwnikiem. W lesie była to bardzo słaba widoczność, której Dominik użył, by zbliżyć się do niego niepostrzeżenie. Mógł dzięki temu manewrowi wygrać walkę, gdyby Patryk go nie przewidział.
„Tutaj mogę wykorzystać ciężar wraków lub użyć metalowych rur, by zadawać większe obrażenia” — pomyślał.
Nagle samochodowe drzwi przeleciały nad głową jego mecha i uderzyły w kolumnę stojących za nim opon, które spadały na zbroję Patryka, odbijały się i turlały dalej. „Znalazł mnie — pomyślał. — A ja nawet go nie usłyszałem!”
Podniósł się i rozejrzał. Czarny mech biegł w jego stronę żwirowaną drogą, kopiąc i przeskakując turlające się opony. Przebiegał właśnie obok góry samochodów i Patrykowi przyszło do głowy, że może uda mu się strącić któryś na Arkana. Wystrzelił w stos metalu kilka małych rakiet, a z miotacza plazmy wypalił prosto w czarną zbroję. Wśród ogłuszającego huku i zgrzytu zobaczył, że trafił mecha w nogę, przerywając jego bieg i sprawiając, że przyklęknął na jedno kolano. Prawe udo iskrzyło, a za zbroją jeden z wraków samochodu osobowego zsuwał się z metalowej sterty. Patryk patrzył, jak zjeżdża w dół, uderza w drugi wrak, koziołkuje i spada tuż za czarnym mechem, uderzając go w plecy. Zbroja poleciała do przodu, jednak oparła się na jednej z opon i niemal natychmiast podniosła. Obok czarnej głowy wysunęła się wyrzutnia i w następnej chwili rakieta eksplodowała tuż przy mechu Patryka, trafiając w najwyższy z trzech stojących na sobie wraków, za którymi ukrywał się chłopiec. Odskoczył w bok, unikając przygniecenia przez ciężki złom, po czym ruszył biegiem w kierunku Arkana. Tamten wystrzelił kolejną rakietę, więc Patryk rzucił się na drogę, przeturlał kilkakrotnie i gdy znalazł się tuż przy przeciwniku, wbił ostrze w jego pierś. Posypały się iskry i czarny mech cofnął się o krok, więc Patryk wyszarpnął ostrze i cofnął ramię, by wbić je w niego jeszcze raz. Jednak nie zdążył. Arkan kopnął go w pierś, a siła uderzenia odrzuciła zbroję Patryka w tył. Wylądował na plecach, lecz szybko uniósł głowę, by nie stracić wroga z oczu. W samą porę, bo mech Arkana skoczył wysoko w górę i opadał teraz na niego z nogą uniesioną do zabójczego kopnięcia. Chłopiec przeturlał się w bok, podniósł szybko i nie patrząc, uderzył ostrzem na wyczucie. Poczuł, że trafił w metalowy korpus. Gdy odwrócił głowę, ujrzał iskrzącą szramę w miejscu oczu zbroi. Prostokątne otwory w metalowej głowie normalnie świeciły jasnozielonym światłem, lecz teraz były czarne. Patryk uszkodził sensory wizualne mecha, oślepiając go.
Chłopiec wyprostował się i opuścił ramię. Oślepienie przeciwnika w praktyce oznaczało, że właściwie wygrał już walkę. Jednak nie lekceważył Arkana. Wiedział, że musi dobić go tu i teraz, w tej chwili, aby zwycięstwo było ostateczne. Schował ostrze w pancerz ramienia i podszedł do kręcącego bezsilnie głową przeciwnika. Zacisnął metalową pięść, po czym uderzył raz i drugi, a potem znowu. Czarna głowa odskakiwała w tył po każdym kolejnym ciosie, ale przeciwnik nie rezygnował, próbował uderzać na oślep, wystrzelił także rakietę, lecz przeleciała ona metr od szarego mecha Patryka. Chłopiec stwierdził, że już dość. Chwycił obiema rękami oślepioną głowę i wykręcił ją mocno, odrywając od szyi i odrzucając na bok. Czarny korpus zachwiał się, upadł na wznak i już się nie poruszył, jedynie iskry nadal sypały się przy wtórze wyładowań elektrycznych.